Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konsternacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konsternacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 maja 2012

Z psem na grzbiecie

  No, dobrze, przyznaję się - lubię swoją pracę. Czy to źle? W  końcu nie każdy ma ze swojej tyle satysfakcji, co ja. Przynajmniej tej niematerialnej... Mogę w niej usłyszeć od podopiecznych różne, czasem miłe rzeczy, co już samo w sobie posiada konkretną wartość.
  Ostatnio podszedł do mnie Pawełek i zagadnął:
  "Ale ma pani dużo włosów!"- przyznaję, że urosłam conajmniej o 15 centymetrów po usłyszeniu takiego komentarza. Cóż, jestem tylko człowiekiem... Tymczasem Pawełek kontynuował na tym samym wdechu:
  "Jakby pani miała psa na plecach..."

środa, 11 stycznia 2012

I vice versa

  Babcia podeszła z Adasiem (6,5 roku) do ołtarza, żeby obejrzał sobie z bliska szopkę. Jak to w okresie świątecznym wszyscy byli w doskonałych humorach. Adaś szczególnie, bo nie dość, że to Boże Narodzenie, to jeszcze trafiły mu się i imieniny. Babcia wspomniała o nich wikaremu, który wyszedł z zakrystii, by zagadnąć do parafian. Ksiądz okazał się na poziomie i złożył dziecku życzenia, które zakończył jednak zdaniem:
  "I żebyś był posłuszny!". Na co Adaśko nie zastanawiając się ani minuty odpalił:
  "I ty też".
  Zebrane towarzystwo gruchnęło śmiechem. Na to nadszedł proboszcz. Kiedy tylko dowiedział się, jaka była przyczyna wesołości, też nie mógł powstrzymać się od śmiechu. I przygadał wikaremu, że to święta racja. Oczywiście też złożył imieninowe życzenia.
  Wikary miał  nad wyraz czerwone uszy.

Kłopoty z pamięcią

  Wizyta kolędowa dobiegała końca i ksiądz wikary zbierał się do wyjścia. Na przedpokoju zatrzymał sie przy klatce ze szczurami chłopaków (Demonem i Kropkiem). To ich kolejne szczury. Poprzednia para zeszła z tego świata jakieś dwa lata wcześniej. Adaś (6,5 roku) zapragnął zabłysnąć informacją, że wcześniej też mieli gryzonie i po zapoznaniu księdza z aktualnymi mieszkańcami terrarium zapytał go, czy ten wie, jak się tamte nazywały. Wikary okazując uprzejme zainteresowanie odparł,  oczywiście, że nie wie i czekał na odpowiedź dziecka. Nastała pełna konsternacji cisza, dość długa zresztą, bo pamięć okazała się zawodna i Adasiowi imiona wyleciały z głowy. W końcu palnął:
  "Inaczej".
  Ksiądz tak się śmiał, że aż się popłakał.
  My zresztą też :).

piątek, 6 stycznia 2012

Precyzja

Bawię się z Kajtkiem (1,5 roku) w "chowanego". Udaję, że nie mogę go znaleźć i hałasuję po całym domu w tych poszukiwaniach cały czas nawołując:
"Gdzie ten Kajtuś jest?"
W końcu się odzywa cienkim głosikiem:
"Tam".

sobota, 19 listopada 2011

Męski zmysł estetyki

Julian zauważył, że zmieniłam kolor lakieru do paznokci (chwała mu za to, bo mam wątpliwości, czy mąż zauważył, że je w ogóle maluję...). A więc spostrzegł różnicę i nie powstrzymał się od komentarza:
  -"Fajny masz ten nowy lakier. Całkiem jak kuper żuka gnojarza!" (był granatowy:P)

wtorek, 12 lipca 2011

Trudne pytanie

Adam (wtedy jakieś 7 lat) zadał mi kiedyś pytanie:
-"Mamusiu, a ty to byłaś kiedyś młoda?"

czwartek, 16 czerwca 2011

Nie pusce lyby!

Parę dni przed Bożym Narodzeniem. Adaś ma 2,5 roku. Kupiliśmy karpie i daliśmy je do wanny. Adaś nie mógł się nadziwić wielkim rybom pływającym tak blisko niego. Nie chciał za żadne skarby świata wyjść z łazienki. W końcu mąż zostawił go tam zgasiwszy światło w nadziei, że ciemność go zniechęci i wyjdzie na oświetlony przedpokój. Nic z tego! Po pewnym czasie dał się natomiast słyszeć buntowniczy głos Adasia:
-"Nie pusce! Nie pusce! Nie pusce lyby!"
Kiedy tknięta dziwnym przeczuciem wpadłam do łazienki, zobaczyłam, jak tuli do siebie karpia...

środa, 13 kwietnia 2011

U okulisty

   Wybrałam się z Julkiem (11 lat) i Adasiem (8 lat) na badania kontrolne do okulisty. Przyjęła nas starsza pani, bardzo uprzejma. Oby takich więcej w służbie zdrowia...

   Jako pierwszy na fotelu zasiadł Adaś i przyłożył do oka okulary z przesłoniętym jednym okiem. Gdy doktor wskazała mu  podświetlony rządek, przeczytał bez zająknięcia:
   "Yznrf".
   "Po jednej literce, proszę" - urzejmie nakierowała go pani doktor.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Wzdęcia

   Latem. Karmię króliki, a Julek (5 lat) jak zwykle klepie. Przy okazji „bawimy się” w Harrego Pottera. Mój wkład do zabawy, ze względu na targanie skrzynki ze skoszoną trawą i kubełka  z ziarnem, ogranicza się do posapywania, o przepraszam – potakiwania w odpowiednich momentach. Nie na długo jednak.
   „Hermiona” – zwraca się do mnie Julek konspiracyjnym tonem- „Ja to bez przerwy jestem chory, mam katar i wzdęcia. Katar to mi przeszedł dopiero latem.” – i dalej na tym samym wdechu: -„Mamusiu, a co to są wzdęcia?”
   Trudno silić się na elokwencję,  gdy upał sprawia, że ma się ochotę tylko na to, by gdzieś się zaszyć w cieniu ze szklanką czegoś chłodnego do picia, a poza tym, co tu kryć, momentami traci się wątek w tym ciągłym jego gadaniu. Muszę się przyznać, że palnęłam bez zastanowienia:
   „To wtedy, jak się ma duży brzuch”.
   „Mamusiu, a tatuś ma wzdęcia?”
   Ręce mi opadły.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Imię dla zwierzaka

Kupiliśmy dzieciom wymarzone szczury, a właściwie szczurzyce.  Julek miał wtedy 8, a Adaś 4 lata. Po zapakowaniu ich do podróżnego pudełka z otworami wentylacyjnymi, maszerujemy do samochodu, pytam chłopaków, jak je nazwą.
   "Rabcia" -oświadcza Julek.
   Adaś też nie zastanawiał sie długo i wypalił :
   "Rybik".
   Do dziś nie wiem, skąd mu to przyszło na myśl.

"A kochał ją, że aż strach"

Tytuł postu jest cytatem z lubianej przeze mnie pisarki, Anny Brzezińskiej. Wydaje mi się, że jest tu jak najbardziej na miejscu.

Julek (5-6 lat) wyznał mi kiedyś szczerze, aż do bólu (oczywiście mojego....):
   "Wiesz, mamusiu, tak cię kocham, że jakbyś umarła, byłoby mi strasznie smutno, a jakby jeszcze umarła twoja mama, byłoby mi tak smutno, że aż strach".

wtorek, 8 marca 2011

Konkretna odpowiedź

   Wysłałam Julka  (4,5 roku) na górę do dziadków, żeby im zaniósł sałatkę w salaterce. Upomniałam go, żeby szedł ostrożnie, żeby mu nie wypadła z rąk. Nie minęła chwila, a on wraca z niewyraźną miną mającą się lada chwila zmienić w podkówkę i mówi:
   -Spadłem ze schodów i się udezyłem!"
   Oczywiście było mi go żal, ale też miałam przed oczami wizję sałatki rozpryśniętej na schodach i ścianach. Nie mówiąc już o skorupach ze salaterki. Więc pytam:
   -A kiedy to się stało, jak wchodziłeś na górę, czy schodziłeś w dół?"
  Odpowiedział mi rzeczowo:
   -"No, po plostu, jak spadałem!"

wtorek, 1 marca 2011

Na jagody

  Julek miał jakieś 2,5 roku, kiedy wybrałam się z nim i moją mamą do lasu na jagody. Było ich zatrzęsienie, chciałoby się je wszystkie zebrać, a tu małemu co rusz się nudzi i trzeba go jakoś zabawiać. Wpadłam w pewnym momencie na "super pomysł", żeby mu dać do oglądania gąsienicę, którą wypatrzyłam na gałązce - taką niedużą, zieloną, niewłochatą.
  Jestem biologiem i żadne z moich dzieci nie boi się specjalnie, ani nie brzydzi zwierząt, bez względu na to czy mają oślizłe ciało, czy może jakoś szczególnie dużo nóg. Julek był zachwycony. A ja mogłam się oddać temu, po co do lasu przyjechałam.
  W pewnym momencie coś mnie tknęło. Za długo było cicho. Każdy, kto ma dzieci zdaje sobie sprawę, że jest to nader niepokojący objaw. Ogarnęłam spojrzeniem sytuację. Nie było "maskotki".
-Julciu, a gdzie jest gąsienica?
  Cisza.
 W zasadzie mogłam podejrzewać, że mu po prostu spadła. Drążyłam jednak temat.
-No, gdzie masz gąsieniczkę?
  Po pewnym czasie palec podniósł się do góry. Nie zaskoczyłam od razu. A potem opadła mi szczęka ze zdumienia.
  Mały wpakował sobie gąsienicę do... nosa. Oczami wyobraźni widziałam przerażone zwierzę, jak brnie do nasady nosa, a laryngolog przy pomocy kleszczy usiłuje wyciągnąć je na światło dzienne. Wśród sosenek raczej trudno jednak napatoczyć się na lekarza specjalistę, jak tu więc samemu skłonić larwę do wyjścia na zewnątrz?
  Tylko bez paniki!
  Na szczęście Julek umiał porządnie smarkać w chusteczkę. Gąsienica cała i zdrowa, choć cokolwiek klejąca opuściła jego kinol. A mnie odechciało się zbierania jagód.

niedziela, 13 lutego 2011

Co tam u ciebie, stonogo?

Julek dostał od dziadków pluszową stonogę. Świetnie. Przestał sie bawić w Harrego Pottera. Tyle, że zaczęły się rozmowy ze stonogą, dla której jak się łatwo domyśleć dubbing... załatwiam ja. Wygląda to tak, że Julek zagaduje do stonogi, a ja muszę odpowiadać w jej imieniu siląc się za każdym razem na orginalność.

Tego dnia miałam prawdziwe urwanie głowy. W domu jakby przeleciała trąba powietrzna, nic słodkiego w lodówce, a szwagry zapowiadają się, że będą za godzinkę. Musiałam posprzątać, upiec placek. Trudno sobie palcem trafić..., a co dopiero prowadzić konwersację w imieniu pluszowego stawonoga. Powiedziałam więc Julkowi, że teraz nie mogę, ale pobawię się z nim później. Nie przyjął tego do wiadomości i z pięć razy z rzędu zagadywał mnie coraz to gośniej: "Co tam u ciebie stonogo?" A gdy nie odpowiadałam, to się rozpłakał.  Wtedy mu zaczęłam od nowa tłumaczyć, że teraz wyjątkowo nie mam dla niego czasu i musi poczekać, aż z wszystkim zdążę i będę mogła znowu mówić za stonogę. Chwilę milczał. A potem wypalił: "Co tam u ciebie, mamusiu?"

środa, 9 lutego 2011

MAKABRRRA

Wybierałam się z dziećmi na dwór (Julek 4 lata, Adaś 5 miesięcy), babcia przyszła mi pomóc, bo szło raczej opornie (niemowlęta przypominają czasem  ośmiornice, aż dziw bierze, że mają tylko po 4 kończyny, kiedy próbuje się je wsadzić w kombinezon, sprawa wydaje się z góry przegrana). Zatem przyszła babcia i przy ubieraniu zajmowała Julka rozmową:
"Z ilu osób składa się wasza rodzina?"
"Cztery: mamusia, ja, Adaś, no i tatuś."
"A ile jest dzieci u was w rodzinie?"
"Dwa. "
"No, a kto jest najmłodszy?"
"Adaś."
"A potem?"
"Ja."
"A potem?"
"Mamusia."
"A kto jest najstarszy?"
"Tatuś."
"A skąd ty to wiesz?"
"No, bo tatuś jest największy."
"No, ale patrz, Julciu, jak to jest - ja jestem starsza od dziadziusia, a to on jest ode mnie większy."
"No bo ty się już kurczysz, żebyś się do trumny zmieściła."

Muszę tu nadmienić gwoli wyjaśnienia i usprawiedliwienia mojego piewrworodnego, że teściowa sama jest sobie winna, bo przy lada okazji, rozwodziiła się nad tym , co to się nie stanie, jak jej zabraknie i w dosyć obrazowy sposób przedstawiała Julkowi informacje na temat śmierci - zwłaszcza, że mieliśmy niedawno pogrzeby w rodzinie.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Zjedzone dziecko

  Kiedy spodziewaliśmy sie z mężem kolejnego dziecka, stwierdziłam, że trzeba naszego pierworodnego (wtenczas około 3-letniego) poinformować o tym przełomowym zdarzeniu. Moment po kąpieli, kiedy był rozleniwiony i lekko śpiący, wydawał się po temu odpowiedni. Posadziłam go więc na pralce i w trakcie ubierania piżamy zagaiłam rozmowę: "Wiesz, Julku, niedługo będziesz miał siostrzyczkę, albo braciszka. Będziesz miał się z kim bawić... Co prawda na razie dziecko jest jeszcze malutkie, mam je tu w brzuchu..." - położyłam sobie rękę w okolicy pępka. Julek zmartwiał. A potem wypalił z wyrzutem: "Zjadłaś go?!!!"