Adaś (akuratnie 2 latka) na plaży w Chłopach - zapiaszczył sobie rurkę od termosiku. Żeby mógł się napić, dałam mu kubeczek, który był w komplecie, z poleceniem, żeby trzymał go za uszko, to mu naleję soku.
Tymczasem nasz Adaśko wziął do rączki kubeczek i przytrzymał go za uszkiem... swoim.
Jestem matką 3 chłopców, którzy regularnie doprowadzają mnie do białej gorączki. Muszę jednak przyznać, że nie zamieniłabym ich na nic innego na świecie... :) Czasami bywa trudno, ale wtedy dobrze jest sobie przypomnieć te zabawne chwile, a jest ich na prawdę sporo. To dzięki nim można się poczuć jak dziecko w sklepie z zabawkami.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieporozumienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nieporozumienie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 kwietnia 2011
środa, 13 kwietnia 2011
U okulisty
Wybrałam się z Julkiem (11 lat) i Adasiem (8 lat) na badania kontrolne do okulisty. Przyjęła nas starsza pani, bardzo uprzejma. Oby takich więcej w służbie zdrowia...
Jako pierwszy na fotelu zasiadł Adaś i przyłożył do oka okulary z przesłoniętym jednym okiem. Gdy doktor wskazała mu podświetlony rządek, przeczytał bez zająknięcia:
"Yznrf".
"Po jednej literce, proszę" - urzejmie nakierowała go pani doktor.
Jako pierwszy na fotelu zasiadł Adaś i przyłożył do oka okulary z przesłoniętym jednym okiem. Gdy doktor wskazała mu podświetlony rządek, przeczytał bez zająknięcia:
"Yznrf".
"Po jednej literce, proszę" - urzejmie nakierowała go pani doktor.
wtorek, 5 kwietnia 2011
Dawna forma życia
Któregoś dnia Julek (5 lat) pyta mnie:
"Mamusiu, a co to jest dawna forma życia?"
No to mu tłumaczę, że to taka istota, która żyła dawno temu, a teraz już jej nie ma.
"Ach, to tak, jak moja babcia przyszywana!" (pomyliło mu się z prababcią).
"Mamusiu, a co to jest dawna forma życia?"
No to mu tłumaczę, że to taka istota, która żyła dawno temu, a teraz już jej nie ma.
"Ach, to tak, jak moja babcia przyszywana!" (pomyliło mu się z prababcią).
niedziela, 3 kwietnia 2011
To przecież oczywiste
Adaś (7,5 roku) przyszedł zziajany z dworu. Chce mu sie pić. Może być herbata.
"Jaką chcesz?" - pytam-"Rozpuszczalną, czy zwykłą? Mam zaparzoną esencję, więc mogę ci zrobić i taką, i taką."
"Taką."
"To znaczy jaką?"
"TAKĄ!"
"Ale rozpuszczalną, czy zwykłą?!"
"No, przecież mówię, że rozpuszczalną" -odpowiada zirytowany.
"Jaką chcesz?" - pytam-"Rozpuszczalną, czy zwykłą? Mam zaparzoną esencję, więc mogę ci zrobić i taką, i taką."
"Taką."
"To znaczy jaką?"
"TAKĄ!"
"Ale rozpuszczalną, czy zwykłą?!"
"No, przecież mówię, że rozpuszczalną" -odpowiada zirytowany.
Ornitologiczny dysonans
Adam (7,5 roku) zainteresował się dźwigami budowlanymi. Pyta mnie kiedyś, jak one się nazywają. Więc błysnęłam wiedzą, że mianowicie żurawie. Jak będzie chciał, możemy takie zobaczyć, bo w Zawierciu budują nowy blok i stoi tam między innymi jeden extra, czerwony żuraw. Nie minęły może dwa dni, a wybieramy się do rzeczonego miasta po buty. Dojeżdżamy do obiecywanego urządzenia, a Adaś krzyczy rozentuzjazmowany:
"Są te pawie!"
"Są te pawie!"
sobota, 2 kwietnia 2011
Primaaprilisowa wpadka
Prima aprilis. Idziemy z Adaśkiem (7 i 1/2 lat) do szkoły. Po drodze podziwiamy trzycentymetrowego, czarnego żuka z guzkami na skrzydłach pokrywowych. Piękny. Ale takim rodzajem piękna, które ma sie ochotę podziwiać właśnie na odległość. Bezpieczną.
Przy okazji informuję Adasia, jaki dziś dzień, niech będzie przygotowany, że pani może będzie chciała ich zrobić w balona. Mały zaczął od razu obmyślać, czym tu zaskoczyć kolegów, żeby dali się nabrać.
W pewnym momencie rzucam do niego lekko przerażonym głosem:
"Adaś, masz żuka na kapturze!"
"Zdejmij go!"
"Kiedy się brzydzę!"
Widzę konsternację w jego oczach, więc uświadamiam go usłużnie, że jest prima aprilis. Zrobił zaciętą minę i prawię słyszę, jak mu się zaczęły obracać trybiki. Czekam,co wymyśli. Tuż przed budynkiem szkoły mówi zdziwionym tonem:
"Mama, masz żabę na żabie". Po chwili uświadamia sobie, co powiedział i śmiejemy się już oboje aż do szatni.
Przy okazji informuję Adasia, jaki dziś dzień, niech będzie przygotowany, że pani może będzie chciała ich zrobić w balona. Mały zaczął od razu obmyślać, czym tu zaskoczyć kolegów, żeby dali się nabrać.
W pewnym momencie rzucam do niego lekko przerażonym głosem:
"Adaś, masz żuka na kapturze!"
"Zdejmij go!"
"Kiedy się brzydzę!"
Widzę konsternację w jego oczach, więc uświadamiam go usłużnie, że jest prima aprilis. Zrobił zaciętą minę i prawię słyszę, jak mu się zaczęły obracać trybiki. Czekam,co wymyśli. Tuż przed budynkiem szkoły mówi zdziwionym tonem:
"Mama, masz żabę na żabie". Po chwili uświadamia sobie, co powiedział i śmiejemy się już oboje aż do szatni.
Metalowy zapas do oka
Dopiero co wsiedliśmy do nagrzanego jak piec auta. Upał jak sto pieronów. Albo i większy. Julek (ze 6-7 lat) marudzi na tylnym siedzeniu.
"Mamo, MAMO, mogę metalowy zapas do oka?"
"?!"
Patrzymy na siebie z mężem nie rozumiejąc, o co tym razem chodzi naszemu pierworodnemu.
"Co ty chcesz, właściwie?"
"No, metalowy zapas. Do oka." - powtarza powoli. Oczyma wyobraźni widzę, jak mówi do nas, tłumoków, dużymi literami. Nic to jednak nie pomaga. Ni w ząb nie pojmuję, o co mu chodzi.
"Strasznie mi zaschło w gardle!"
"Aaaa! Żelazny zapas! Teraz jesteśmy w domu" - wykrzykuję uradowana tym, że zdołałam rozszyfrować enigmatyczną prośbę mojego dziecka.
Otóż, chodziło mu o butelkę wody, którą wozimy w schowku. Butelka leży tam od czasu, gdy Julek zatarł sobie oko jakimś paprochem ze zjeżdżalni przy olkuskim McDonaldzie, a przyznał się dopiero do tego, gdy odjechaliśmy dobrych parę kilometrów, więc nie było sensu się wracać do tamtejszej toalety. Musiał wytrzymać do domu z przemyciem oka, resztę drogi przejechał z zamkniętymi powiekami, bo w ten sposób mniej go drażniło.
Następnego dnia kupiłam małą butelkę wody z dziubkiem, którą wpakowałam do schowka, uprzednio poinformowawszy wszystkich, że nie wolno jej ruszać pod groźbą utraty życia, chyba, że komuś wpadło coś akurat do oka, albo się skaleczył - żeby była świeża do przemycia.
A nazwałam ją "żelaznym zapasem".
"Mamo, MAMO, mogę metalowy zapas do oka?"
"?!"
Patrzymy na siebie z mężem nie rozumiejąc, o co tym razem chodzi naszemu pierworodnemu.
"Co ty chcesz, właściwie?"
"No, metalowy zapas. Do oka." - powtarza powoli. Oczyma wyobraźni widzę, jak mówi do nas, tłumoków, dużymi literami. Nic to jednak nie pomaga. Ni w ząb nie pojmuję, o co mu chodzi.
"Strasznie mi zaschło w gardle!"
"Aaaa! Żelazny zapas! Teraz jesteśmy w domu" - wykrzykuję uradowana tym, że zdołałam rozszyfrować enigmatyczną prośbę mojego dziecka.
Otóż, chodziło mu o butelkę wody, którą wozimy w schowku. Butelka leży tam od czasu, gdy Julek zatarł sobie oko jakimś paprochem ze zjeżdżalni przy olkuskim McDonaldzie, a przyznał się dopiero do tego, gdy odjechaliśmy dobrych parę kilometrów, więc nie było sensu się wracać do tamtejszej toalety. Musiał wytrzymać do domu z przemyciem oka, resztę drogi przejechał z zamkniętymi powiekami, bo w ten sposób mniej go drażniło.
Następnego dnia kupiłam małą butelkę wody z dziubkiem, którą wpakowałam do schowka, uprzednio poinformowawszy wszystkich, że nie wolno jej ruszać pod groźbą utraty życia, chyba, że komuś wpadło coś akurat do oka, albo się skaleczył - żeby była świeża do przemycia.
A nazwałam ją "żelaznym zapasem".
czwartek, 31 marca 2011
Szkoła nie dla ogrodnika
Gdy zbliżał się moment, że Julek miał iść do zerówki, kategorycznie odmówił rozpoczęcia edukacji.
Oświecił nas przy tym, że zamierza zostać ogrodnikiem, więc nie musi iść do szkoły. Był niepocieszony, gdy wyprowadziliśmy go z błędu co do faktu, że ogrodnicy jednak muszą zdobyć wykształcenie.
Oświecił nas przy tym, że zamierza zostać ogrodnikiem, więc nie musi iść do szkoły. Był niepocieszony, gdy wyprowadziliśmy go z błędu co do faktu, że ogrodnicy jednak muszą zdobyć wykształcenie.
poniedziałek, 7 lutego 2011
Chleb jednorazowy
Julek (4 lata) miał iść z babcią do sklepu. Dałam mu małą torbę na zakupy, którą mu niedawno uszyłam i 1,20 zł na żelki. Ale, że moje dziecko ma serce na dłoni, spytało, co ma mi kupić. Odparłam, że może być chleb razowy. No i poszli. Pieniądze zgubił jeszcze na podwórku (później się odnalazły między cegłami przy żywopłocie). Ale z zakupami coś mu się pomyliło. Jak go babcia zapytała w sklepie, co miał kupić, to odpowiedział, że... chleb jednorazowy.
Zjedzone dziecko
Kiedy spodziewaliśmy sie z mężem kolejnego dziecka, stwierdziłam, że trzeba naszego pierworodnego (wtenczas około 3-letniego) poinformować o tym przełomowym zdarzeniu. Moment po kąpieli, kiedy był rozleniwiony i lekko śpiący, wydawał się po temu odpowiedni. Posadziłam go więc na pralce i w trakcie ubierania piżamy zagaiłam rozmowę: "Wiesz, Julku, niedługo będziesz miał siostrzyczkę, albo braciszka. Będziesz miał się z kim bawić... Co prawda na razie dziecko jest jeszcze malutkie, mam je tu w brzuchu..." - położyłam sobie rękę w okolicy pępka. Julek zmartwiał. A potem wypalił z wyrzutem: "Zjadłaś go?!!!"
Subskrybuj:
Posty (Atom)