Kiedyś zagoniłam Julka do mycia zębów. A on patrzy na mnie z kwaśną miną i mówi:
"Myślałem, że ci to nie przyjdzie do głowy..."
Jestem matką 3 chłopców, którzy regularnie doprowadzają mnie do białej gorączki. Muszę jednak przyznać, że nie zamieniłabym ich na nic innego na świecie... :) Czasami bywa trudno, ale wtedy dobrze jest sobie przypomnieć te zabawne chwile, a jest ich na prawdę sporo. To dzięki nim można się poczuć jak dziecko w sklepie z zabawkami.
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
niedziela, 3 kwietnia 2011
Imię dla zwierzaka
Kupiliśmy dzieciom wymarzone szczury, a właściwie szczurzyce. Julek miał wtedy 8, a Adaś 4 lata. Po zapakowaniu ich do podróżnego pudełka z otworami wentylacyjnymi, maszerujemy do samochodu, pytam chłopaków, jak je nazwą.
"Rabcia" -oświadcza Julek.
Adaś też nie zastanawiał sie długo i wypalił :
"Rybik".
Do dziś nie wiem, skąd mu to przyszło na myśl.
"Rabcia" -oświadcza Julek.
Adaś też nie zastanawiał sie długo i wypalił :
"Rybik".
Do dziś nie wiem, skąd mu to przyszło na myśl.
To przecież oczywiste
Adaś (7,5 roku) przyszedł zziajany z dworu. Chce mu sie pić. Może być herbata.
"Jaką chcesz?" - pytam-"Rozpuszczalną, czy zwykłą? Mam zaparzoną esencję, więc mogę ci zrobić i taką, i taką."
"Taką."
"To znaczy jaką?"
"TAKĄ!"
"Ale rozpuszczalną, czy zwykłą?!"
"No, przecież mówię, że rozpuszczalną" -odpowiada zirytowany.
"Jaką chcesz?" - pytam-"Rozpuszczalną, czy zwykłą? Mam zaparzoną esencję, więc mogę ci zrobić i taką, i taką."
"Taką."
"To znaczy jaką?"
"TAKĄ!"
"Ale rozpuszczalną, czy zwykłą?!"
"No, przecież mówię, że rozpuszczalną" -odpowiada zirytowany.
"A kochał ją, że aż strach"
Tytuł postu jest cytatem z lubianej przeze mnie pisarki, Anny Brzezińskiej. Wydaje mi się, że jest tu jak najbardziej na miejscu.
Julek (5-6 lat) wyznał mi kiedyś szczerze, aż do bólu (oczywiście mojego....):
"Wiesz, mamusiu, tak cię kocham, że jakbyś umarła, byłoby mi strasznie smutno, a jakby jeszcze umarła twoja mama, byłoby mi tak smutno, że aż strach".
Julek (5-6 lat) wyznał mi kiedyś szczerze, aż do bólu (oczywiście mojego....):
"Wiesz, mamusiu, tak cię kocham, że jakbyś umarła, byłoby mi strasznie smutno, a jakby jeszcze umarła twoja mama, byłoby mi tak smutno, że aż strach".
Ornitologiczny dysonans
Adam (7,5 roku) zainteresował się dźwigami budowlanymi. Pyta mnie kiedyś, jak one się nazywają. Więc błysnęłam wiedzą, że mianowicie żurawie. Jak będzie chciał, możemy takie zobaczyć, bo w Zawierciu budują nowy blok i stoi tam między innymi jeden extra, czerwony żuraw. Nie minęły może dwa dni, a wybieramy się do rzeczonego miasta po buty. Dojeżdżamy do obiecywanego urządzenia, a Adaś krzyczy rozentuzjazmowany:
"Są te pawie!"
"Są te pawie!"
sobota, 2 kwietnia 2011
Primaaprilisowa wpadka
Prima aprilis. Idziemy z Adaśkiem (7 i 1/2 lat) do szkoły. Po drodze podziwiamy trzycentymetrowego, czarnego żuka z guzkami na skrzydłach pokrywowych. Piękny. Ale takim rodzajem piękna, które ma sie ochotę podziwiać właśnie na odległość. Bezpieczną.
Przy okazji informuję Adasia, jaki dziś dzień, niech będzie przygotowany, że pani może będzie chciała ich zrobić w balona. Mały zaczął od razu obmyślać, czym tu zaskoczyć kolegów, żeby dali się nabrać.
W pewnym momencie rzucam do niego lekko przerażonym głosem:
"Adaś, masz żuka na kapturze!"
"Zdejmij go!"
"Kiedy się brzydzę!"
Widzę konsternację w jego oczach, więc uświadamiam go usłużnie, że jest prima aprilis. Zrobił zaciętą minę i prawię słyszę, jak mu się zaczęły obracać trybiki. Czekam,co wymyśli. Tuż przed budynkiem szkoły mówi zdziwionym tonem:
"Mama, masz żabę na żabie". Po chwili uświadamia sobie, co powiedział i śmiejemy się już oboje aż do szatni.
Przy okazji informuję Adasia, jaki dziś dzień, niech będzie przygotowany, że pani może będzie chciała ich zrobić w balona. Mały zaczął od razu obmyślać, czym tu zaskoczyć kolegów, żeby dali się nabrać.
W pewnym momencie rzucam do niego lekko przerażonym głosem:
"Adaś, masz żuka na kapturze!"
"Zdejmij go!"
"Kiedy się brzydzę!"
Widzę konsternację w jego oczach, więc uświadamiam go usłużnie, że jest prima aprilis. Zrobił zaciętą minę i prawię słyszę, jak mu się zaczęły obracać trybiki. Czekam,co wymyśli. Tuż przed budynkiem szkoły mówi zdziwionym tonem:
"Mama, masz żabę na żabie". Po chwili uświadamia sobie, co powiedział i śmiejemy się już oboje aż do szatni.
Metalowy zapas do oka
Dopiero co wsiedliśmy do nagrzanego jak piec auta. Upał jak sto pieronów. Albo i większy. Julek (ze 6-7 lat) marudzi na tylnym siedzeniu.
"Mamo, MAMO, mogę metalowy zapas do oka?"
"?!"
Patrzymy na siebie z mężem nie rozumiejąc, o co tym razem chodzi naszemu pierworodnemu.
"Co ty chcesz, właściwie?"
"No, metalowy zapas. Do oka." - powtarza powoli. Oczyma wyobraźni widzę, jak mówi do nas, tłumoków, dużymi literami. Nic to jednak nie pomaga. Ni w ząb nie pojmuję, o co mu chodzi.
"Strasznie mi zaschło w gardle!"
"Aaaa! Żelazny zapas! Teraz jesteśmy w domu" - wykrzykuję uradowana tym, że zdołałam rozszyfrować enigmatyczną prośbę mojego dziecka.
Otóż, chodziło mu o butelkę wody, którą wozimy w schowku. Butelka leży tam od czasu, gdy Julek zatarł sobie oko jakimś paprochem ze zjeżdżalni przy olkuskim McDonaldzie, a przyznał się dopiero do tego, gdy odjechaliśmy dobrych parę kilometrów, więc nie było sensu się wracać do tamtejszej toalety. Musiał wytrzymać do domu z przemyciem oka, resztę drogi przejechał z zamkniętymi powiekami, bo w ten sposób mniej go drażniło.
Następnego dnia kupiłam małą butelkę wody z dziubkiem, którą wpakowałam do schowka, uprzednio poinformowawszy wszystkich, że nie wolno jej ruszać pod groźbą utraty życia, chyba, że komuś wpadło coś akurat do oka, albo się skaleczył - żeby była świeża do przemycia.
A nazwałam ją "żelaznym zapasem".
"Mamo, MAMO, mogę metalowy zapas do oka?"
"?!"
Patrzymy na siebie z mężem nie rozumiejąc, o co tym razem chodzi naszemu pierworodnemu.
"Co ty chcesz, właściwie?"
"No, metalowy zapas. Do oka." - powtarza powoli. Oczyma wyobraźni widzę, jak mówi do nas, tłumoków, dużymi literami. Nic to jednak nie pomaga. Ni w ząb nie pojmuję, o co mu chodzi.
"Strasznie mi zaschło w gardle!"
"Aaaa! Żelazny zapas! Teraz jesteśmy w domu" - wykrzykuję uradowana tym, że zdołałam rozszyfrować enigmatyczną prośbę mojego dziecka.
Otóż, chodziło mu o butelkę wody, którą wozimy w schowku. Butelka leży tam od czasu, gdy Julek zatarł sobie oko jakimś paprochem ze zjeżdżalni przy olkuskim McDonaldzie, a przyznał się dopiero do tego, gdy odjechaliśmy dobrych parę kilometrów, więc nie było sensu się wracać do tamtejszej toalety. Musiał wytrzymać do domu z przemyciem oka, resztę drogi przejechał z zamkniętymi powiekami, bo w ten sposób mniej go drażniło.
Następnego dnia kupiłam małą butelkę wody z dziubkiem, którą wpakowałam do schowka, uprzednio poinformowawszy wszystkich, że nie wolno jej ruszać pod groźbą utraty życia, chyba, że komuś wpadło coś akurat do oka, albo się skaleczył - żeby była świeża do przemycia.
A nazwałam ją "żelaznym zapasem".
Subskrybuj:
Posty (Atom)